milczewski blog

Twój nowy blog

Witam po kilku miesiącach milczenia.

Postanowiłem przenieść mojego bloga na inny serwis, oto link:


http://milczewski.blogspot.com/

Beger-gate

2 komentarzy

Wyrosła nam pod bokiem nowa afera, media już ochrzciły ją „Beger-gate”, od nazwiska jej głównej bohaterki rzecz jasna. Pani Beger, odziana w czystą biel, nieomalże z łzami w oczach apeluje o uczciwość w polityce. Apel taki, w ustach osoby skazanej wyrokiem sądu Rzeczpospolitej Polskiej na 2 lata pozbawienia wolności za fałszowanie list wyborczych brzmi co najmniej dziwnie, ale polska polityka widziała dziwniejsze rzeczy.

Staram się nie pisać o polskiej polityce. Sama obserwacja tego teatru doprowadza mnie do szewskiej pasji, po co mam się jeszcze denerwować podczas pisania? Jednak okoliczności nie są niecodzienne, postanowiłem więc napisać jak widzę teraz całą scenę polityczną.

Oglądałem wczoraj (27.09.2006) program wyemitowany w TVP1, program przygotowany specjalnie na okoliczność „Beger-gate”, brali w nim udział: Ziobro, Giertych, Komorowski, ktoś z SLD – nie zapamiętałem nazwiska, kilku naukowców oraz dziennikarz Gazety Wyborczej. Podczas pierwszej części programu przecierałem oczy ze zdumienia, miałem wrażenie że oglądam starannie wyreżyserowane przedstawienie, które ma na celu pokazanie widzowi jednego – że mityczny układ zaatakował niewinnych polityków z koalicji rządzącej. Jak tylko jeden z gości (Giertych albo Ziobro) wspomniał o „Nocnej zmianie”, pani redaktor grzecznie przerwała i nastąpiła przerwa… w której wyemitowano fragment tego filmu. Giertych przez długi czas majaczył o wrogach IV RP i innych nie związanych z tematem rzeczach, nikt mu nie przerywał, nie nie przywołał do porządku.
Druga część programu była już bardziej wyważona, głos zabrała druga strona. A redaktorzy prowadząc ośmielili się nawet zadać kilka niewygodnych pytań przedstawicielom koalicji rządzącej. Szkoda, że nie byli równie dociekliwi, jak podczas przesłuchania Renaty Beger które odbyło się zaraz na początku programu.

Co myślę o całej tej aferze? Praktycznie od zawsze istniało takie zjawisko jak podkupywanie pracowników. Firma tonie, przychodzi przedstawiciel konkurencji i mówi: Chodź do nas, dostaniesz to, i to, i generalnie będziesz miał u nas lepiej. Posłowie przechodzą z jednej partii do drugiej, i nie widzę w tym problemu. Poseł który wczoraj gorliwie potrząsał prawicą Andrzeja Leppera, dzisiaj łasi się do Jarosława Kaczyńskiego – to jego sprawa i jego godność.

Zupełnie inaczej sprawa ma się argumentami jakie przedstawił przedstawiciel PiS potencjalnym uciekinierom. Bo ja podatnik, uważam że moje ciężko zarobione pieniądze powinny iść na inny cel niż spłacanie weksli uciekinierom z Samoobrony. I to jest prawdziwa afera. Nie wiem, czy propozycja przedstawiona Renacie Beger była blefem. Nie wiem, i nie interesuje mnie to. Osoba która – jak przyznali najwyżsi przedstawiciele PiS – została wyznaczona do kontaktów z kandydatami na uciekinierów oferuje im pieniądze, pieniądze podatników, moje pieniądze.

Drogi czytelniku, zadam Ci pytanie: Czy lubisz Wagnera? Czy podobają Ci się mocne, chwilami nawet agresywne dźwięki, nawiązania do germańskiej mitologii?

Przyjrzyjmy się przez chwilę Ryszardowi Wagnerowi i jego twórczości. Nie będę streszczał biografii tego wielkiego kompozytora, bo nie taki jest cel tego tekstu. Przypomnę rzeczy w tej chwili najważniejsze.
Ryszard Wagner tworzył zafascynowany germańską mitologią. Przyjaźnił się z Fryderykiem Nietzsche, który to później, zniechęcony antysemityzmem i nacjonalizmem panującym w otoczeniu kompozytora, znajomość zakończył. Wagner był ulubionym twórcą Adolfa Hitlera, a jego twórczość była szeroko wykorzystywana przez propagandę III Rzeszy.

Wyobraź sobie Czytelniku, oto masz w garści bilety do Opery Narodowej, liczysz dni kiedy będzie dane Ci usłyszeć i zobaczyć „Walkirię”, a tu pojawią się grupka ludzi która dzięki swoim kontaktom w politycznym światku i świętemu oburzeniu demonstrowanemu wszem i wobec doprowadza do zdjęcia wszystkich części „Pierścienia Nibelunga” z wszelkich polskich oper.
Zarzuty? Proszę bardzo – twórczość Wagnera jest antychrześcijańska, propagowana jest germańska mitologia od czego tylko krok do sekciarstwa. Poza tym, zdarza się, że tytułowa Walkiria występuje nago, co już związane jest z obrazą moralności.

A gdyby tu było przedszkole w przyszłości, i wasz synek mały tędy przechodził w przyszłości… Tfu, przepraszam! A gdyby Twoje dziecko, Czytelniku, poszło do opery, to zostałoby narażone na destrukcyjne treści. Nie dość że śpiewają o jakichś niechrześcijańskich bożkach, to jeszcze gołe baby sobie po scenie biegają…
Zapewne pomyślałbyś Czytelniku – kogo to obchodzi czego ja słucham i co ja oglądam. Moje dziecko pójdzie tam, gdzie mu pozwolę. I nikomu nic do tego.
Ha! O, sancta simplicitas, jak powiedział Jan Hus, choć w innym kontekście. Mylisz się, i to bardzo.

Przerysowane? Tak, ale wbrew pozorom nie tak bardzo. Nie sądzę aby ktokolwiek odważył się zdjąć Wagnera. Opera to medium elitarne, fanatyk, któremu zamarzy się Wagner na indeksie, zostanie rozniesiony na piórach artystów; twórców; intelektualistów – elity jednym słowem, czyli grupy osób, które piórem potrafią fechtować z zabójczą skutecznością.

Zupełnie inaczej sprawa wygląda w przypadku muzyki mniej elitarnej, za to znacznie bardziej ciężkiej niż dzieła Wagnera. W przypadku muzyki metalowej.

Tu nasi dzielni tropiciele zagrożeń dla chrześcijańskich wartości, mogą się wykazać. Mogą wedle szkoły Kurskiego i Macierewicza oskarżyć o dewastacje cmentarzy, palenie kościołów, przy tym nie wspominając słowem o jakichkolwiek tego dowodach. Nawiasem mówiąc, dziwię się, że żaden jeszcze nie wspomniał że muzycy i osoby słuchające tej muzyki dodają krew chrześcijańskich noworodków do macy (no bo przecież to wiadomo jaką opcję oni reprezentują)…

I co? I (tu chciałoby się rzucić małoparlamentarne słówko) nic.

Histeryczne wrzaski, i żądania bojkotu „szatańskiej” muzyki, nie pozostają bez echa.
Organizatorzy wycofują się rakiem z muzycznych imprez, nikt przecież nie chce zostać oskarżony o promowanie sekciarskiej muzyki, jakkolwiek idiotyczne nie byłyby te zarzuty. Lepiej podkulić ogon, zorganizować koncert „Arki Noego”, albo zaprosić finalistę „Idola”.
Muzyk z metalowej kapeli, choćby zrobił doktorat z filozofii, a jego ulubionym zajęciem między koncertami były rozważania nad ideą nietzscheańskiego nadczłowieka, to jest tylko godnym najwyższego potępienia czcicielem szatana, z którego zdaniem liczyć się nie warto. Jeśli publicznie powie co o tym myśli, zawsze można pogardliwie milczeć; jeśli zacznie się pieklić bardziej – oskarżyć o antypolonizm, czy antychrześcijanizm (w zależności, czy tenże muzyk jest Polakiem, czy też nie).

Stara ludowa mądrość mówi, żeby nie sikać pod wiatr. I choć cała sytuacja budzi we mnie gniew, to nie wiem jak zachowałbym się w takiej sytuacji na miejscu organizatora koncertu. Jego celem jest zarabianie pieniędzy, nie ideologiczne wojny. Postawi się, to za kilka dni może mieć sprawę w prokuraturze (Obraza uczuć religijnych. Co z tego że umorzą, kilka wycieczek na przesłuchania do prokuratora skutecznie zniechęci każdego do organizowania takich imprez), w przypadku skrajnym, takim jak afera wokół „Machiny”, obrażona brać skrzyknie się i zacznie wysyłać do wszystkich żądania bojkotu jego firmy. A co zrobi taki włodarz firmy, jeśli dostanie takowe żądanie?
Stara ludowa mądrość mówi, żeby nie sikać pod wiatr…

Sytuacja jest chora. Co gorsza, nie widać na tą chorobę lekarstwa. Bo jak namówić naszych ukochanych rządzicieli, aby zmienili ograniczające wolność słowa prawo, słynne paragrafy o obrazie uczuć religijnych. Nie ma najmniejszych szans aby dzisiejsza opcja polityczne tego dokonała. Ba! Nie dokona tego lewica, choćby nie wiadomo jak silna – będzie się bała. Jak namówić prokuratora, aby nie zajmował się lamentami histeryków, i jak w końcu w Polaku wywołać cywilną odwagę, aby potrafił machnąć ręką na żale wrażliwców.

Jak tego wszystkiego dokonać? Nie wiem. Ja i mi podobni blogerzy możemy sobie pisać w nieskończoność, z łatką ateistów, heretyków i antyklerykałów czytać nas będzie zawsze garstka ludzi. Media ogólnopolskie nic podobnego nie powiedzą – znają mądrości ludowe. Jedyne wyjście to głos zza granicy, bo Polacy niezwykłą wagę przywiązują do tego co myślą o nas w innych krajach. Jeśli jeden na stu Niemców odnotował głupawy kartoflany dowcip jednej ichniejszych gazet, to po histerii jaka się w Polsce rozpętała, o tym żarcie wiedział już każdy. Może tu leży rozwiązanie – użyć histerii przeciw histerykom.

Od wielu miesięcy na Onetowym serwerze prowadzony jest przez byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa internetowy blog. Ecco53, bo taki internetowy pseudonim obrał sobie ów człowiek, pisze dużo i ciekawie (co przyznaję nie bez pewnej zazdrości) o swojej pracy, i o czasach w jakich mu przyszło żyć.

Przeczytałem kilka jego wpisów, i muszę przyznać, że lektura bardzo mnie wciągnęła. Ecco53 jest niewątpliwie osobą inteligentną, z treści jego dziennika wynika także, że jest człowiekiem wrażliwym i (uwaga!) uczciwym. Nie wiem ile prawdy jest w tym, co on pisze. Ze swojego miejsca nie jestem w stanie ocenić czy kłamie, ile z tego co opublikował jest prawdą.
Czytając dziennik oficera SB zadawałem sobie pytanie, czy z definicji uznać członka bezpieki za kłamcę, czy dać mu – jak każdemu człowiekowi – kredyt zaufania, i uwierzyć w to co pisze. Uznałem że nie mam powodu aby mu nie wierzyć. Zresztą nie będę pisał o jego wspomnieniach, ale o gwałtownej niechęci jaką wywołał ośmielając w ogóle się odezwać.

Dziennik byłego esbeka odbija się w światku polskich mediów szerokim echem. Ba! Jak tylko zrobiło się głośniej o blogu, szybko wytropiono i opublikowano imię i nazwisko jego autora. Cel został zidentyfikowany, teraz można rozpocząć ostrzał.

Przeczytałem wypowiedź p. Mieczysława Gila jednego z liderów „Solidarności”, mówi on że: „Wolałbym, aby byli esbecy nie oceniali i nie pouczali innych, lecz milczeli z pokorą (…)”

Zastanawiam się, dlaczego były esbek ma milczeć? Jakim prawem odmawia się mu głosu? Sam napisał że został negatywnie zweryfikowany, ale skazany nie został, nie jest przestępcą.
Czy służba (praca?) w SB odebrała mu podstawowe prawo człowieka jakim jest prawo do wyrażania własnych poglądów? Czy stał się obywatelem kategorii B?

Niestety, mam smutną świadomość, że duża część Polaków na te dwa pytania odpowie „Tak” . Dlaczego?

Bo prościej jest widzieć tylko dwa kolory: czarny i biały. „My” jesteśmy dobrzy, a „oni” są źli. Próba dostrzeżenia innych odcieni, może doprowadzić do niewesołego wniosku, że „my” wcale nie jesteśmy tacy dobrzy, a „oni” wcale nie są tacy najgorsi nie są.
Były esbek pisze że kocha swoją żonę i dzieci. A „dobrym” występuje piana na usta. Jak to?! Niech milczy – mówią – to esbek! Kat, kanalia, pijak i złodziej. Kochający człowiek, to CZŁOWIEK, a nie bezlitosna maszyna aparatu bezpieczeństwa.

Nic tak nie niepokoi ludzi wrogich jakiejś grupie, jak możliwość dostrzeżenia nie wroga, ale człowieka. Do wroga można strzelać, można go zamknąć, odmawiać prawa głosu, można z nim zrobić wszystko. Ale z człowiekiem nie jest już tak prosto. Bo CZŁOWIEK przestaje być usposobieniem zła. Człowiek ma matkę, może mieć osobę którą kocha i gromadkę dzieci.

Dlatego ciężko zrozumieć, że byli esbecy którzy byli także ludźmi. Którzy nie katowali, nie bili żony, którzy kochali swoje dzieci. Byli ludzie którzy podjęli się pracy w bezpiece skuszeni pieniędzmi, czy nawet dlatego że popierali lokalną polską mutację socjalizmu w jakiej przyszło im żyć. Mieli takie prawo.
I większość z nich nie było katami.
Można z nimi się nie zgadzać, można gardzić za wybór jakiego dokonali, ale czy można bez wyroku odebrać prawa publiczne?

Nie chciałbym abyśmy się źle zrozumieli. SB i UB, to nie były organizację organizujące wieczorki zapoznawcze. Ich przedstawiciele dokonali wielu zbrodni, byli narzędziami terroru, nie ma co o tego żadnych wątpliwości. Jednak uważam, że nie można wrzucić wszystkich, którzy mieli cokolwiek wspólnego z bezpieką do jednego wora, obciążyć kamieniem i zrzucić z mostu do rzeki. Każdy człowiek ma swoją historię, którą w większości wypadków ciężko ocenić w kategoriach biały-czarny.

Bez sądu skazujemy ludzi za to że byli wygodni, że chcieli się urządzić w niewesołej PRL-owskiej rzeczywistości. Nie każdy ma tyle odwagi co Kuroń czy Wałęsa, nie każdy mógł i chciał zostać bohaterem. Osoba wstępująca w szeregi SB zapewne popełniła błąd, z którego dopiero po jakim czasie zdała sobie sprawę. Ale miała do tego błędu prawo. W końcu, to ludzka rzecz popełniać błędy.

Blog byłego esbeka można odnaleźć pod tym adresem: http://bezpieka.blog.onet.pl/

Nie jestem specem w kwestii wiary katolickiej. Liznąłem nieco wiedzy, zapewne posiadam jej nieco więcej niż przeciętny katolik wizytujący co niedziela lokalny kościół, ale specem nie jestem.

Być możne z tego powodu nie wiem jaka jest właściwa interpretacja zdania złożonego z dwóch wyrazów: „Nie zabijaj”. Być może zdanie to, posiada jakieś ukryte drugie dno, jakiś sens który mi – bezbożnemu heretykowi, niemoralnemu ateiście – umyka.

Być może rację mają posłowie LPR, miłościwie nam panujący prezydent, brat jego oraz ich pretorianie z PiS. Wszak ludzie to mocno wierzący, wizytujący ciągle Radio Maryja, powołujący się na chrześcijański system wartości, martwiący się brakiem monumentalnych świątyń w naszym (nie pięknym, kraj bez wielkich świątyń przeca piękny być nie może) kraju, że w pewnych sytuacjach jednak przyzwalają na zabijanie.

Obiło mi się o uszy, jakoby przedstawiciele Młodzieży Wszechpolskiej zapytani właśnie o niezgodność tegoż przykazania z głoszoną przez nich potrzebą karania śmiercią morderców, odparli iż przykazanie to ma złą treść(!), że tak naprawdę powinno brzmieć „Nie morduj”, a sprawiedliwa kara z mordem nic wspólnego mieć nie może…
Mogłoby się wydawać, że instytucja Kościoła Katolickiego z armią teologów rok rocznie opuszczających mury uczelni, z Jego Świątobliwością czuwającym nad dogmatami wiary na czele, nie pozostawiają dowolności interpretacji, że gdyby przykazanie miałoby brzmieć „Nie morduj”, to brzmiałoby „Nie morduj”, ale jak już wspominałem – ja się nie znam.

Moja ignorancja w kwestiach wiary jest jeszcze bardziej widoczna, gdyż żaden z kościelnych hierarchów (A któż może lepiej znać dogmaty wiary!) oficjalnie nie potępił pomysłów prawicowych (hehe) polityków. Najwyraźniej żaden z nich nie słyszy zgrzytów między promowaniem wiary katolickiej i promowaniem kary śmierci. Cóż, jeśli oni zgrzytów nie słyszą, to najwyraźniej żadnych zgrzytów nie ma!

Ja, jak już wielokrotnie wspominałem, nędznym robakiem jestem, niegodnym rozmyślać nad sprawami tak wielkimi. Jednak mała myśl zaczepiła mi się w głowie, i zniknąć nie chce. Ta myśl to błysk zrozumienia, zauważenie podobieństwa.
Przez kilkadziesiąt lat w Polsce panował realny socjalizm, który niewiele miał wspólnego utopijnym socjalizmem. Realny socjalizm był próbą okrojenia „książkowego” socjalizmu, tak aby wilk był syty i owca cała (czytaj kacykowie nadal mają władzą, ale lud jeszcze kos na sztorc nie stawia). Do czego to podobne? Nie skończę, pozostawię skojarzenie czytelnikowi…

Aby widzieć takie analogię, doprawdy być trzeba bezczelnym, nie szanującym świętości heretykiem, milknę już więc i uciekam.

Dzisiaj trochę z innej beczki. Nie będzie nic o polityce, nic o religii.

Chce ktoś zrobić świetny interes? Serio pytam. Jest okazja do zarobienia konkretnych pieniędzy, już podaje jak to zrobić.

Należy wydać książkę historyczną.

Zaśmieje się ktoś, powie: Polacy w ogóle książek nie czytają, a my tu mówimy o grubej zwykle cegle, wydrukowanej na pięknym kredowym papierze, okraszonej rycinami i starymi zdjęciami.

Dokładnie tak, książka musi być ładnie wydana, bez dwóch zdań. Aby rozeszła się niczym ciepłe bułeczki, musi opowiadać o jakimś podniosłym wydarzeniu z naszej historii (np. Powstanie Warszawskie).
I ostatni szczegół. Książka musi być napisana przez nie-polaka. Najlepiej Anglika albo Amerykanina.

Gwarantuje wam, że przy minimalnej promocji, książka zejdzie na pniu.

Polacy jako naród, cierpią na ostry kompleks niedocenionej martyrologii. Boli nas że taki Anglik nie wie, kim był Piłsudski, że 17 września ZSRR wbiło nam nóż w plecy, że w Katyniu zginęły tysiące polskich oficerów. Książka którą o naszej tragicznej historii, napisze jakiś obcokrajowiec jest balsamem na zakompleksioną duszę.

Co z tego, że rok rocznie mury polskich uczelni opuszczają setki, jeśli nie tysiące historyków, co z tego że profesorów znających od podszewki dzieje naszego kraju mamy bez liku. Książka napisana przez prof. dr. hab. Jana Kowalskiego będzie leżakowała na niedostępnych półkach księgarni, odkurzana czasami przez studentów. Podczas kiedy napisana przez Smitha czy Clouda stanie się bestsellerem, okupując przez wiele tygodni pierwsze miejsca w rankingach internetowych księgarni.

Trend został zauważony. Myślę, że w najbliższym czasie możemy spodziewać się następnych książek łechtających naszą próżność, i grających na narodowych kompleksach. Może warto samemu na tym zarobić?

W czwartek, 25 maja przyleciał do Polski papież Benedykt XVI. Jedyny i absolutny władca państwa watykańskiego. Tak na marginesie, to ciekawe, że na świecie gdzie za normalne uznaje się państwo wtedy, kiedy władza wybierana jest w sposób demokratyczny, nikogo nie rażą autokratyczne rządy biskupa Rzymu.

Ale wracając do tematu. Do Polski przyjechał papież. Rozpoczęła się gorączka. Nawet politycy z SLD – czym dali wyraz swojej ogromnej hipokryzji – bili się o miejscówki na mszach i i innych zlotach ludu z udziałem Benedykta XVI.

Jak zwykle w naszym kraju wizyta papieża stała pretekstem do wprowadzania bzdurnych i nikomu nie potrzebnych zarządzeń. Nasi politykierzy prześcigali się w pomysłach na to, jak sprawić aby nastrój odwiedzin był uświęcony, uroczysty, aby papieski majestat nie ucierpiał na skutek grzesznej, brudnej ludzkiej codzienności.

I tak, w czwartek i piątek na terenie województwa mazowieckiego nie będzie można kupić żadnego alkoholu. A to dlatego, że Polacy zamiast – jak zdaje się, władza sobie imaginuje, jest zwykłym polaków zajęciem – chlać gorzałę, mają uczestniczyć w tym niezwykłym uduchowionym wydarzeniu jakim jest przyjazd Benedykta XVI.
Taka decyzja władz świadczy o tym, że traktują oni obywateli jak bandę niedojrzałych smarkaczy, którym trzeba pokazać co im wolno, a czego nie. Pokazane polega oczywiście na zakazie.
W efekcie sytuacja jaka się pojawiła, jest idiotyczna. Bo ja, osoba niewierząca, nieodczuwająca żadnych uniesień na wieść o tym że Benedykt XVI postawił swoją papieską stopę na polskiej ziemi, nie mogę – dla przykładu – napić się piwa. Czy nie jest to ograniczenie mojej wolności? Ograniczenie wolności osób, które miałyby ochotę wypić jakiś alkohol to jedyny skutek tego zakazu, bo chyba nikt się nie łudzi, że jakiś alkoholik nie znajdzie miejsca gdzie będzie mógł kupić sobie tanie wino?

Dalej. Telewizja publiczna zrezygnowała z emisji reklam niektórych środków czystości, nie zobaczymy także reklam w których widać w sposób zbyt odważny osłonięto ciało. To jest dobre. Siedzę tak sobie i się zastanawiam: cóż jest takiego obraźliwego dla papieża w podpaskach, tamponach i papierze toaletowym?
Nie znajduję na to pytanie odpowiedzi. Najwyraźniej schematy myślowe jakimi kierują się nadgorliwcy są mi obce, i dobrze.

Co tam dalej. Zaapelowano do firm reklamowych o zdjęcie reklam „Kodu Leonarda da Vinci”. Z tego co się dzisiaj dowiedziałem, rzeczywiście zniknęła duża reklama na Silver Screenie. Powód? Oczywiście, widok reklamy tego filmu może urazić papieża. Pozostaje się cieszyć, że wizyta Benedykta XVI nie zbiegła się w czasie z Eroticonem, czy inną podobną imprezą, afera jaka zapewne by wynikła z zaklejania reklam z roznegliżowanymi kobietami byłaby o wiele większa.

Po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że jednak potrafię wczuć się w urzędasa-nadgorliwca. Postanowiłem rzucić kilkoma pomysłami które może będą przydatne dla urzędników.

Pomysł pierwszy: Proponuję odlanie spiżowych biustonoszy dla warszawskiej syrenki oraz Nike. Widok ich nagich piersi z pewnością jest w stanie urazić papieża. Mało tego! Syrence widać łono. Warto się zastanowić nad jakimiś majtkami, stringi oczywiście w grę nie wchodzą. Może najlepiej od razu dać jej habit. Co za tym idzie, godło Warszawy powinno zostać zmodyfikowane na tramwajach, taksówkach i wszelakich innych obiektach na których jest widoczne.

Pomysł drugi: Polska jest krajem prawie katolickim, aby nic nie zmąciło podniosłości chwili, innowiercom należy nakazać nieupuszczanie swoich domów. Ewentualnie powinni nosić na rękawie odpowiednie znaki. Ateiści znaczek jednorożca, Żydzi wiadomo co, protestantom coś się wymyśli. Dzięki temu heretycy będą łatwo rozpoznawani i usuwani z drogi papieskiej kolumny. Widok nie-katolika MOŻE Benedykta XVI obrazić.

Pomysł trzeci: Usunąć z drogi przejazdu kolumny papieskiej wszelkie ptaki, koty, psy i inne zwierzęta. Bezrozumne te bydlęta, nie czują respektu przed aurą świętości. Jeszcze gotowe zrobić coś głupiego, coś co może urazić papieża.

Nie wspomnę już o rzeczach oczywistych, takich jak malowanie trawy na zdrową, rześką i soczystą zieleń, prostowanie skrzywionych drzew i tym podobnych. No i ważna jest odpowiednia interpretacja wydarzeń. Jeśli będzie ładna pogoda, to należy mówić że wizycie papieża sprzyjają – mimo niekorzystnej prognozy – niebiosa. Jeśli z niewzruszonego nieba jednak coś kapnie, to znaczy że wzruszone słowami piotrowego namiestnika, płacze rzewnymi łzami.

Pomysły takie mógłbym jeszcze długo, i bez większego trudu przytaczać, ale jeszcze ktoś je rzeczywiście weźmie na poważnie.

Wizyta Benedykta XVI obnaża prawdziwe oblicze Polski i jej włodarzy. Jesteśmy lennikami Watykanu, laickość zapisana w konstytucji jest fikcją. Politycy doskonale zdający sobie sprawę, że co znakomitszy przedstawiciel kleru może być doskonałą odskocznią dla ich kariery, dwoją się i troją aby się wykazać. Efekt tego zwykle jest po prostu żenujący. I niestety dotyczy to wszystkich posłów naszego parlamenty, zarówno tych z prawa, jak i z lewa. Jedyną pociechą dla mnie są komentarze na portalach internetowych, gdzie widać całkiem sporą grupę ludzi, mówiących głośno że to co się dzieje w tym kraju zaczyna ocierać się już o absurd. Niestety ciągle jesteśmy tylko malutką wysepką rozsądku w tym kraju.

Czym jest wolność? Wolność, to prawo to niczym nie skrępowanego wyboru własnej drogi postępowania. Wolność jest brakiem przymusu. Jako ludzie, obywatele, posiadamy pewien zestaw różnych wolności – praw. Prawo do pracy, prawo do posiadania, prawo do wypowiedzenia głośno swojej opinii, prawo do życia w końcu.

Nie mamy prawa do śmierci.

Prawie 2200 lat temu Epikur, grecki filozof, na skutek starczych dolegliwości, nie mogąc dalej cieszyć się życiem – popełnił publicznie samobójstwo.

Jak potoczyłyby się wypadki, gdyby Epikur żył w naszych czasach?

Po ogłoszeniu publicznej chęci popełnienia samobójstwa, na miejsce natychmiast, zaraz po przedstawicielach mediów zjechałyby się karetki, policja, być może nawet straż pożarna (a nuż będzie chciał skoczyć z dachu). Policyjny negocjator zagadując, będzie odwodził kandydata na samobójcę od powziętej decyzji. Szybką akcją policji Epikur zostaje obezwładniony i odesłany do szpitala psychiatrycznego. Tam poddany działaniu leków antydepresyjnych oraz terapii, filozof będzie nabierał chęci do życia pod opieką lekarzy. Zapewne szybko zostaje ubezwłasnowolniony, resztę życia, coraz bardziej pogrążając się w starczej demencji, spędzi wśród panów i pań w białych kitlach, w stanie – którego każdy myśliciel, przez długie lata szlifujący swój umysł panicznie się obawia – warzywa.

Epikur wykorzystał podstawowe prawo człowieka, jakim jest prawo do samodzielnej i w pełni świadomej decyzji o zakończeniu swojej egzystencji.

Od razu wyjaśnię, że należy wyraźnie oddzielić – samodzielną, świadomą i spokojną decyzję o samobójstwie, od samobójstwa będącego aktem rozpaczy skrajnie nieszczęśliwej osoby. W tym drugim przypadku, należy ludziom przyciśniętym do ziemi przez los, oczywiście pomóc. W ich przypadkach często pomóc po prostu można. Epikurowi, niestety, lat z pleców ująć nikt nie zdołał.

Chcę powiedzieć o przemyślanej decyzji o zakończeniu swojego życie w sytuacji beznadziejnej, chcę powiedzieć kilka słów o eutanazji.

Nieprzypadkowo tekst ten ma tak długi wstęp zanim pojawia się słowo, będące właściwie jego tematem. Chciałbym aby osoby czytające, nie ulegały pierwszemu impulsowi od razu odrzucając to co chcę napisać, chciałbym aby spojrzały na problem oczami osoby postawionej w sytuacji beznadziejnej.

Inną sprawą jest, że znaczenie słowa „eutanazja” jest, świadomie czy nie, wypaczane. Normą jest że eutanazja jest mylona ortotanazją. Szczytem ignorancji dziennikarza jednego z portali internetowych, był następujący tytuł artykułu: „Łabędzie zostały poddane eutanazji”. Jeśli dziennikarze, przynajmniej teoretycznie osoby wykształcone i oczytane, dokonują takich błędów, to co na temat eutanazji wie zwykły Kowalski?

Z eutanazją (gr. dobra śmierć) mamy do czynienia, kiedy pozbawiony życia sam sobie tego życzy. Decyzja musi zostać podjęta świadomie, nie może być wynikiem dolegliwości psychicznych zainteresowanego. Wobec sytuacji beznadziejnej, osoba najczęściej nieuleczalnie chora, czy też cierpiąca na inne nieusuwalne dolegliwości, podejmuje decyzję o kresie swojego życia.

O ortotanazji (gr. słuszna śmierć) mówimy kiedy nie sam zabijany decyduje o swojej śmierci, ale decyzje podejmuje inna osoba. Ortotanazja nazywana jest czasami zabójstwem z litości. Z ortotanazją mieliśmy do czynienia w przypadku Terri Shivano. Śmierć Terri próbowano podciągnąć do eutanazji, przytaczając jej rzekome słowa, jakoby wolała umrzeć, niż żyć jak warzywo. Ale te słowa nie są wolą śmierci w sytuacji beznadziejnej, podobnie może wypowiadać się 50% poruszonych stanem Shivano ludzi, co nie znaczy, że postawieni rzeczywiście wobec nieuleczalnej choroby, zdecydowaliby się na eutanazję.

Morze atramentu zużyto na rozważania na temat eutanazji. Roztrząsając jej aspekty moralne. Oceniano, zwykle zabraniano, czasami zezwalano. A problem jest wg mnie bajecznie prosty. Należy pogonić osoby i instytucje ograniczające prawa jednostki, bo decyzja o swoim życiu i śmierci powinna należeć tylko i wyłącznie do jednostki. To wyłącznie jej prawo.
Decyzji jednostki należy pozostawić, czy skorzysta z tego prawa czy nie. Głęboko wierzący katolik, Żyd czy muzułmanin nie skorzysta, jego wiara mu tego zabrania – to jego prawo, obowiązkiem wszystkich jest to prawo uszanować. Ale wierzący mniej, czy w ogóle niewierzący, przygnieciony potwornym cierpieniem, z prawa tego powinien móc skorzystać. Możliwość nie jest oczywiście obowiązkiem, o czym często zapominają, myślę że rozmyślnie, przeciwnicy eutanazji.

Ja sam osobiście, chciałbym mieć możliwość (możliwość!) lekkiej śmierci. Jestem ateistą, uważam że stanowienie o moim życiu i mojej śmierci jest wyłącznie moim prawem, nie jakiejś bliżej nieokreślonej istoty. Nigdy nie uznam uzurpacji prawa do mojego życia przez jakikolwiek byt. Czyż nie mam takiego prawa?

Okazuje się że nie.

Okazuje się, że nawet w państwach które dumnie mienią się neutralnymi światopoglądowo, odmawia się prawa o samo decydowaniu o swojej śmierci. Zaledwie ich garstka pozwala na eutanazję. Pozostałe, mimo że nazywają się „świeckimi” (nie mówię tu oczywiście o Polsce, bo chyba nikt o zdrowych zmysłach nie powie o naszym kraju że jest świecki), przychylają się to religijnych dogmatów, przekonania, że życie dał Bóg i tylko on może o nim decydować. Zwolenników eutanazji nazywa się przeciwnikami życia, forpocztą cywilizacji śmierci. A co oferuje „cywilizacja miłości”?
Powolną agonię zawiniętego w pampersy strzępka człowieka. Niezdolnego do odczuwania niczego poza potwornym cierpieniem.

Tak wiele mówi się o godnym życiu, tak mało o godnej śmierci…

Przez kilkanaście ostatnich tygodni miałem wiele pracy, w związku z czym zaniedbałem mój internetowy dziennik. Postaram się szybko nadrobić zaległości.

Dzięki kolejnym pomysłom prezesa partii szumnie nasywającej się „Prawem i Sprawiedliwością” tematów na długo mi nie zabraknie.

Znalazłem na „Onecie” artykuł napisany przez niejakiego ks. Dariusza Kosteckiego. Prawdopodobnie powodem ukazania się tego tekstu było kościelne święto – „Wielkanoc”, którego ochodey zdominowały media.

W tymże artykule mamy do czynienia z tak ordynarną próbą manipulacji, że postanowiłem o tym napisać.

Już pierwsze zdanie mnie zelektryzowało, ksiądz bowiem pisze tak:

„Zmartwychwstanie Jezusa jest faktem historycznym (…)”.

Mające poprzeć rzekomą historyczność wydarzenia i osoby, dalej możemy przeczytać zdanie:

„Zmartwychwstanie, choć jest wydarzeniem historycznym, stwierdzonym przez znak pustego grobu i rzeczywistość spotkań Apostołów ze zmartwychwstałym Chrystusem(…)”

Zmartwychwstanie zatem jest faktem historycznym, ponieważ apostołowie stwierdzili że grób jest pusty i spotkali się z Jezusem.
W skrócie można to opisać tak: „Historia opisana w Biblii jest prawdziwa, ponieważ została opisana w Biblii”

Tymczasem w dokumentach historycznych nie ma ŻADNYCH wzmianek o Jezusie Chrystusie. A przecież jego czyny opisane w Nowym Testamencie obiłyby się szerokim echem na świecie. Rzymscy i Żydowscy kronikarze milczą na temat rzekomego zaćmienia słońca jakie towarzyszyło śmierci Jezusa na krzyżu, nikt nie wspomina o tak spektakularnym cudzie, jakim było wykarmienie rzeszy ludzi garstką żywności.
Czy zatem tak podniosłe wydarzenie jak zmartwychwstanie mogło być pominięte przez kronikarzy? Wszak oni przecież odnotowywali znacznie bardziej błahe zdarzania… Jak możliwe jest, że nie opisali cudu?

Problem z historycznością Jezusa został dostrzeżony już we wczesnym średniowieczu, zmartwiony tym faktem chrześcijański kopista dopisał (!) kilka „faktów” potwierdzających istnienie Jezusa Chrystusa do przepisywanego tekstu Flawiusza – żydowskiego kronikarza.

Jednocześnie nie można powiedzieć, że kronikarze ignorowali po prostu proroków, i religijnych mówców. Istnieją bowiem wzmianki o Janie Chrzcicielu, o Jakubie Sprawiedliwym, takoż i Pawle.

Nie ma za to żadnej o Jezusie.

Autentyczność osoby Jezusa jest kwestią wiary. Nie bronię nikomu wierzyć, że Jezus istniał i dokonał tego wszystkiego, o czym pisze Nowy Testament. Ale pisanie o jego historyczności, jest niską manipulacją i nadużyciem.


  • RSS